Co w misce piszczało - czyli o kuchni i kucharzeniu
Wpisany przez Katarzyna   
wtorek, 28 września 2010 21:20

Gotowanie jest jednym z lepszych wykrywaczy, jakie znam. Gotowanie dla ludzi i z ludźmi. Nad deską do krojenia ludzie się kotletotwierają. Do garnka „wchodzi” wszystko – emocje, dźwięki, intencje, nastroje, nawet myśli. Jedzenie można zatruć stresem, można je też uratować radością. Może to brzmieć nieprawdopodobnie, ale działa. Wszystko ląduje w garnku, a potem w brzuchu. Tak właśnie jest i mam nadzieję, że chociaż większość kucharzy o tym wie. W Badowie nie było inaczej. Wydarzyło się mnóstwo, wydarzyła się wspólnota na wielu płaszczyznach, kuchennej też. Trudno to wszystko zebrać, bo jak opisać każdą minutę z osobna? Każde spotkanie, spojrzenie, śmiech… bycie.

Na początku oczywiście wszyscy uczestnicy wybrali opcję budowania lub sadzenia. Nie dziwne. Sama bym zrobiła taką wycieczkę w stronę unikatowej jeszcze w naszym kraju wiedzy. Ale z biegiem dni coraz więcej osób podpytywało, co włożyłam do garnka, jak to się robi i jak sobie poradzić z tą czy tamtą dolegliwością. W kuchni już od początku trwały debaty i wymiany informacji żywieniowych zainspirowane surową dietą jednego z warsztatowiczów. Na szczęście Dawid nachleb widok sosu grzybowego jest elastyczny, a na codzień samodzielny w dbaniu o swój żołądek. Jego poranny koktajl z kapusty, banana i jogurtu owocowego wzbudzał więc nieustanne zaciekawienie coraz to nowych osób.


W kuchni jest zawsze najlepsza część domowej imprezy. Kuchnia przyciąga jak magnes, tętni swoją odwieczną siłą dawania mocy, regeneracji, wspólnego tworzenia i radości. Do kuchni przynosi się znalezione grzyby, koszyk pokrzyw na kotlety, pęk świeżej bazylii… Przylatują nawet muchy i siadają na ściereczce, którą przykryty jest świeżo upieczony chleb. Tego nam nie brakowało, bo Rysio wstawiał do piekarnika jeden bochen za drugim, a zakwas wciąż pracował na nową porcję. Dzieci się uśmiechały, świnki morskie dopominały o natkę pietruszki, psy czasem przebiegały z pędem, a raz na jakiś czas ktoś zmiatał kolejną górę piachu nanoszonego z zewnątrz. I wtedy gotowaliśmy. obiadKtoś dostawał deskę, tępawy nóż oraz warzywa do krojenia, kto inny moździerz, kto inny grzyby do obrania. Potem w zupie pływały marchewki, pietruszki, pory, selery i fasolki, a każda pokrojona w inny sposób, inną ręką, innym sercem. W jednym garnku znajdują wspólny mianownik, na wspólnym ogniu, który jak balsam łagodzi ewentualne konflikty, zgryźliwości i doczepki. Wszystkie się rozpuszczają.


Najgorzej zatrudnić kogoś do szorowania gara, bo – nie ukrywam – czasem się coś przypala przy stulitrowej objętości. Pierwszego dnia przypaliła się na śniadanie owsianka. „Niedobrze” – pomyślałam. Ale nic to. Znalazłam rycerza, który poradził sobie z tym zwęglonym smokiem. Do dyspozycji miał niezastąpiony w takich sytuacjach piasek oraz najzwyklejsze, tradycyjne polskie mydło z rogaczem w nazwie. Zresztą argument w ręku miałam nie do przebicia – bez garnka nie ma obiadu.


Ugotowałam na obiad ziarno żyta – no i zebrała się grupa. Tym bardziej, że Łukasz pojechał po sadzonki i cała „permakultura” miała wolne do obiadu. Najpierw więc opowiedziałam o yin i yang – fundamentalnych siłach tego świata, które istnieją niezależnie od tego, czy się z tym zgadzamy, czy nie. Wygodniej się zgodzić, bo wtedy zaczyna się fascynująca podróż w odkrywaniu praw kosmosu, fizyki, natury i nas samych. Chyba podobny wniosek wysnuli moi słuchacze, bo nazajutrz grupa się powiększyła. I tak sobie rozmawialiśmy o przeróżnych sprawach, doświadczeniach, wnioskach… tych najważniejszych, bo wyciągniętych ze swojego ciała. Rządziła dygresja. Była w takiej obfitości, że pozostawiała całkowitą wolność, przeskakując od tematu mleka do indeksu glikemicznego, od sposobu na lepienie kotletów do Eskimosów jedzących tłuszcz… Z każdym dniem było coraz spokojniej, radośniej, z coraz większą starannością i równoczesnym luzem. W garnkach też – kiedy już się wydawało, że nie zdążymy na czas z obiadem, cała ekipa brała się do pracy, działając nagle z mocą trybików szwajcarskiego zegarka. Obiad był w punkt i można było zaryczeć na „gliniarzy”. Zresztą, zawsze twierdzę, że połowa sukcesu kucharza to zaufanie tych, którzy będą jedli. Jego moc jest jak skrzydła, rozpostarte i niezawodne.


W przełożeniu na słowa zostają skrawki. Tak pocięte jak te akapity. Okruszki wydarzeń, które pulsują w pamięci i emocjach. Najlepszą formą byłby dziękczynny poemat. Ale to może za rok, kiedy ochłonę…


 

 

Komentarze  

 
#6 Olla 2010-10-07 21:44
ominęły mnie lekcje chlebowe zupełnie :-( niech mi ktoś korepetycji udzieli. pliz. mam zakwas nawet ale nie umiem go użyć bez podpierania się drożdżem...
 
 
#5 miUo 2010-10-01 11:28
... nie bylem, nie slyszalem a apetytu tez nabralem :]]

... Katarzynko! przypomnialas mi Dobra Strone Kuchennych Mocy! dzieki i prowadz :]

... Rysiek! zakwas Markowi zaczal uciekac ze sloika jak dojechalismy do miasta, wiec przechwycilem troche i sie zaczelo.. posrednio dziekuje ;)

... dzisiaj rano wyciagnalem kolejny goracy bochenek z maszynki do pieczenia chleba pozbawionej mieszadelka bo sam zagniotlem i wstawilem, znowu przyzwoity wyszedl :]]]]]]]

... do tego przelamalem sie i zaatakowalem mlynarza z sasiedniej wsi, zakrecony gosc :] we srode odbieram zytnia, dzisiaj tylko "gruba pszenna" orkiszu nie ma ale kontakt nawiazany :]]]]]]]]]]
 
 
#4 Rysiek 2010-10-01 09:46
Kasieńkowe nas odżywianie wspominam z nostalgią. Jakże milo sie zjada coś przygotowane przez kogoś takiego. Podsuchiwalem troszkę Kasieńkowe warsztaty i nabralem apetytu by dowiedzieć się więcej :)
 
 
#3 elwira 2010-09-30 23:55
A ja tam bylam,kotlety smazylam,pokrzy wa sie poparzylam,odro bine wiedzy zdobylam i bylo pieknie..dziekuje Katarzyno...spragnionam wiecej..
Violu..a codziennego chleba tylko pozazdroscic.
 
 
#2 Rafkoo 2010-09-29 19:25
A ja do dziś dnia ronię łzę, gdy przypomina mi się kwik zarzynanej główki kapusty ;-)
 
 
#1 viola 2010-09-29 14:22
No to jestem pierwsza, widać jestem największy łasuch, a zresztą jako pomoc kuchenna tez tutaj chce zaistnieć , hi hi, tekst suuuuuuper, aż mi w brzuchu zagrał,pamięć o buraczkach, żurku i kotlecikach pozostała w kubeczkach smakowych, mam te wyższość nad Wami, że ciągle mogę degustować chlebek Rysia, a to połączenie na zdjęciu marchewki z bazylia wprost cudowne, dzięki Kasieńko
 

Aby dodawać komentarze, należy być zarejestrowanym użytkownikiem.