|
Gotowanie jest jednym z lepszych wykrywaczy, jakie znam. Gotowanie dla ludzi i z ludźmi. Nad deską do krojenia ludzie się otwierają. Do garnka „wchodzi” wszystko – emocje, dźwięki, intencje, nastroje, nawet myśli. Jedzenie można zatruć stresem, można je też uratować radością. Może to brzmieć nieprawdopodobnie, ale działa. Wszystko ląduje w garnku, a potem w brzuchu. Tak właśnie jest i mam nadzieję, że chociaż większość kucharzy o tym wie. W Badowie nie było inaczej. Wydarzyło się mnóstwo, wydarzyła się wspólnota na wielu płaszczyznach, kuchennej też. Trudno to wszystko zebrać, bo jak opisać każdą minutę z osobna? Każde spotkanie, spojrzenie, śmiech… bycie.
Na początku oczywiście wszyscy uczestnicy wybrali opcję budowania lub sadzenia. Nie dziwne. Sama bym zrobiła taką wycieczkę w stronę unikatowej jeszcze w naszym kraju wiedzy. Ale z biegiem dni coraz więcej osób podpytywało, co włożyłam do garnka, jak to się robi i jak sobie poradzić z tą czy tamtą dolegliwością. W kuchni już od początku trwały debaty i wymiany informacji żywieniowych zainspirowane surową dietą jednego z warsztatowiczów. Na szczęście Dawid na widok sosu grzybowego jest elastyczny, a na codzień samodzielny w dbaniu o swój żołądek. Jego poranny koktajl z kapusty, banana i jogurtu owocowego wzbudzał więc nieustanne zaciekawienie coraz to nowych osób.
W kuchni jest zawsze najlepsza część domowej imprezy. Kuchnia przyciąga jak magnes, tętni swoją odwieczną siłą dawania mocy, regeneracji, wspólnego tworzenia i radości. Do kuchni przynosi się znalezione grzyby, koszyk pokrzyw na kotlety, pęk świeżej bazylii… Przylatują nawet muchy i siadają na ściereczce, którą przykryty jest świeżo upieczony chleb. Tego nam nie brakowało, bo Rysio wstawiał do piekarnika jeden bochen za drugim, a zakwas wciąż pracował na nową porcję. Dzieci się uśmiechały, świnki morskie dopominały o natkę pietruszki, psy czasem przebiegały z pędem, a raz na jakiś czas ktoś zmiatał kolejną górę piachu nanoszonego z zewnątrz. I wtedy gotowaliśmy. Ktoś dostawał deskę, tępawy nóż oraz warzywa do krojenia, kto inny moździerz, kto inny grzyby do obrania. Potem w zupie pływały marchewki, pietruszki, pory, selery i fasolki, a każda pokrojona w inny sposób, inną ręką, innym sercem. W jednym garnku znajdują wspólny mianownik, na wspólnym ogniu, który jak balsam łagodzi ewentualne konflikty, zgryźliwości i doczepki. Wszystkie się rozpuszczają.
Najgorzej zatrudnić kogoś do szorowania gara, bo – nie ukrywam – czasem się coś przypala przy stulitrowej objętości. Pierwszego dnia przypaliła się na śniadanie owsianka. „Niedobrze” – pomyślałam. Ale nic to. Znalazłam rycerza, który poradził sobie z tym zwęglonym smokiem. Do dyspozycji miał niezastąpiony w takich sytuacjach piasek oraz najzwyklejsze, tradycyjne polskie mydło z rogaczem w nazwie. Zresztą argument w ręku miałam nie do przebicia – bez garnka nie ma obiadu.
Ugotowałam na obiad ziarno żyta – no i zebrała się grupa. Tym bardziej, że Łukasz pojechał po sadzonki i cała „permakultura” miała wolne do obiadu. Najpierw więc opowiedziałam o yin i yang – fundamentalnych siłach tego świata, które istnieją niezależnie od tego, czy się z tym zgadzamy, czy nie. Wygodniej się zgodzić, bo wtedy zaczyna się fascynująca podróż w odkrywaniu praw kosmosu, fizyki, natury i nas samych. Chyba podobny wniosek wysnuli moi słuchacze, bo nazajutrz grupa się powiększyła. I tak sobie rozmawialiśmy o przeróżnych sprawach, doświadczeniach, wnioskach… tych najważniejszych, bo wyciągniętych ze swojego ciała. Rządziła dygresja. Była w takiej obfitości, że pozostawiała całkowitą wolność, przeskakując od tematu mleka do indeksu glikemicznego, od sposobu na lepienie kotletów do Eskimosów jedzących tłuszcz… Z każdym dniem było coraz spokojniej, radośniej, z coraz większą starannością i równoczesnym luzem. W garnkach też – kiedy już się wydawało, że nie zdążymy na czas z obiadem, cała ekipa brała się do pracy, działając nagle z mocą trybików szwajcarskiego zegarka. Obiad był w punkt i można było zaryczeć na „gliniarzy”. Zresztą, zawsze twierdzę, że połowa sukcesu kucharza to zaufanie tych, którzy będą jedli. Jego moc jest jak skrzydła, rozpostarte i niezawodne.
W przełożeniu na słowa zostają skrawki. Tak pocięte jak te akapity. Okruszki wydarzeń, które pulsują w pamięci i emocjach. Najlepszą formą byłby dziękczynny poemat. Ale to może za rok, kiedy ochłonę…
|
Komentarze
... Katarzynko! przypomnialas mi Dobra Strone Kuchennych Mocy! dzieki i prowadz :]
... Rysiek! zakwas Markowi zaczal uciekac ze sloika jak dojechalismy do miasta, wiec przechwycilem troche i sie zaczelo.. posrednio dziekuje ;)
... dzisiaj rano wyciagnalem kolejny goracy bochenek z maszynki do pieczenia chleba pozbawionej mieszadelka bo sam zagniotlem i wstawilem, znowu przyzwoity wyszedl :]]]]]]]
... do tego przelamalem sie i zaatakowalem mlynarza z sasiedniej wsi, zakrecony gosc :] we srode odbieram zytnia, dzisiaj tylko "gruba pszenna" orkiszu nie ma ale kontakt nawiazany :]]]]]]]]]]
Violu..a codziennego chleba tylko pozazdroscic.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.